NIEZALEŻNY MAGAZYN OPIEKUNEK
PMS u siedemdziesięciolatki. Rekruterka czytała w internecie
PMS u siedemdziesięcioletniej pacjentki? Rekruterka była pewna diagnozy, bo czytała w internecie. Prawdziwa historia z 2014 roku, która zaczęła się absurdalnie, a skończyła zaskakująco dobrze.
Siwy Dym | Historie ze szteli
Rok 2014. Szukam pracy w Niemczech. Agencja ma dla mnie ofertę przy ciężko chorej seniorce. Wszystko wygląda poważnie, dopóki pani rekruterka nie postanawia wyjaśnić mi diagnozy. Wtedy okazuje się, że wykształcenie medyczne to jedno, a internet przeczytany przez rekruterkę to zupełnie inna liga.
Oferta dla pielęgniarki
Był rok 2014. Szukałam pracy i skontaktowałam się z agencją, która miała akurat interesującą propozycję.
Poszukiwano drugiej pielęgniarki do pracy w tandemie przy około siedemdziesięcioletniej kobiecie w Bergisch Gladbach.
Z opisu wynikało, że stan podopiecznej jest poważny. Kobieta poruszała się na wózku inwalidzkim, wymagała specjalistycznej opieki, w tym odsysania dróg oddechowych.
Dla mnie, pielęgniarki z wieloletnim doświadczeniem, było oczywiste, że trzeba dokładnie ustalić rozpoznanie, stan pacjentki i zakres obowiązków.
Pani rekruterka przystąpiła więc do przedstawiania przypadku.
I wtedy padło:
„Podopieczna ma PMS”.
Przyznam, że mnie zatkało.
Ale tylko na chwilę.
Ja też miewam PMS
Odpowiedziałam mniej więcej tak:
„Wie pani, ja też czasami mam PMS, ale nikt mnie z tego powodu nie musi wozić na wózku inwalidzkim ani odsysać mi dróg oddechowych”.
Następnie zapytałam, czy przypadkiem nie chodzi o ALS, czyli stwardnienie zanikowe boczne.
W końcu opis objawów zdecydowanie bardziej pasował do zaawansowanej choroby neurologicznej niż do zespołu napięcia przedmiesiączkowego.
Ale pani rekruterka nie zamierzała ustępować.
„PMS! Wiem, co to jest, czytałam w internecie!”
I w tym momencie medycyna została pokonana.
Nie przez nowe badania kliniczne.
Nie przez przełomowe odkrycie.
Przez internet.
Doktor Google kontra pielęgniarka
Trzeba przyznać, że sytuacja była imponująca.
Po jednej stronie telefonu pielęgniarka z wieloletnią praktyką.
Po drugiej rekruterka uzbrojona w informacje znalezione w sieci.
Pielęgniarka sugerowała ALS.
Rekruterka obstawała przy PMS.
Argumenty medyczne miały najwyraźniej mniejszą wagę niż fakt, że ktoś coś przeczytał.
I nie chodzi przecież o to, że rekruterka musiała znać wszystkie choroby świata.
Nie musiała.
Mogła zwyczajnie pomylić skróty.
Mogła powiedzieć: „Sprawdzę dokumentację i oddzwonię”.
Mogła zapytać osobę z wykształceniem medycznym, czy dobrze rozumie rozpoznanie.
Ale nie.
Wiedza została już zaczerpnięta z internetu, więc dyskusję należało uznać za zakończoną.
Gdyby wszystkie konsultacje medyczne odbywały się w ten sposób, uczelnie mogłyby spokojnie zamknąć wydziały lekarskie, a dyplomy zastąpić potwierdzeniem historii przeglądarki.
A jednak pojechałam
I tutaj historia robi się ciekawsza.
Bo mimo tej osobliwej rozmowy zdecydowałam się przyjąć ofertę.
Pojechałam do Bergisch Gladbach.
Na miejscu okazało się, że moje podejrzenie było słuszne.
Podopieczna chorowała na zaawansowane stwardnienie zanikowe boczne, czyli ALS.
Żadnego tajemniczego PMS.
Pracowałam razem z drugą pielęgniarką, Anią. W opiekę zaangażowany był również niemiecki zespół paliatywny.
To nie była lekka praca.
Stan pacjentki wymagał wiedzy, doświadczenia, uważności i odpowiedzialności.
Nie było miejsca na zgadywanie ani improwizowanie na podstawie pierwszego wyniku wyszukiwania.
Ale była za to rzecz, której w wielu ofertach live-in bardzo brakuje.
Prawdziwa współpraca.
I nawet miałyśmy wolny dzień!
Tak, dobrze czytacie.
Dwie pielęgniarki pracujące w tandemie.
Niemiecki zespół paliatywny.
Trudne obowiązki.
A mimo to byłyśmy doceniane.
I uwaga, teraz informacja z gatunku sensacyjnych:
Miałyśmy nawet wolny dzień.
Bez konieczności udowadniania, że odpoczynek nie jest przejawem lenistwa.
Bez wygłaszania przemówień o powołaniu.
Bez przypominania, że przecież mieszka się w domu podopiecznej, więc zawsze można jeszcze coś zrobić.
Praca była wymagająca, ale organizacja opieki i podejście do personelu sprawiały, że czułyśmy się traktowane poważnie.
Dlatego, mimo ciężkiego stanu pacjentki, wspominam to miejsce dobrze.
I właśnie w tym tkwi pewien paradoks.
Najbardziej absurdalna rozmowa rekrutacyjna doprowadziła mnie do jednego z miejsc pracy, które zapamiętałam z sympatią.
A morał z tej diagnozy?
Nie każda pomyłka rekrutera oznacza złą ofertę.
Nie każda trudna sztela okazuje się złym miejscem pracy.
I nie każda osoba, która czegoś nie wie, musi natychmiast udowadniać, że wie wszystko.
Największy problem zaczyna się wtedy, gdy niewiedza spotyka się z niezachwianą pewnością siebie.
W opiece nad ciężko chorym człowiekiem rzetelne przekazywanie informacji ma znaczenie. Od niego zależy, czy do pracy trafi osoba z odpowiednimi kwalifikacjami i czy będzie wiedziała, na co się przygotować.
Dlatego pomyłkę warto poprawić.
A jeśli poprawia nas ktoś, kto rzeczywiście zna temat, dobrze jest przynajmniej sprawdzić, czy nie ma racji.
Od tamtej rozmowy minęło dwanaście lat.
Pamiętam Bergisch Gladbach, Anię, trudną pracę i ludzi, którzy potrafili nas docenić.
Pamiętam też panią rekruterkę.
I jej niezachwianą wiarę w internet.
Pacjentka miała ALS. Rekruterka miała Google.
A ja miałam szczęście, że na miejscu spotkałam ludzi, którzy wiedzieli, co robią.
Historia z własnego doświadczenia zawodowego. Dialog odtworzony z pamięci. Dane pozwalające zidentyfikować podopieczną zostały pominięte.